Powrót do życia ma swoje konsekwencje, w kilku miejscach boli, naciągają się i nadwyrężają dawno nieużywane mięśnie i dusza. Zakwasy na umyśle, zagryzam zęby, wiem, że to kiedyś minie, trzeba je rozchodzić, nie przestawać myśleć i iść dalej. Są też plusy, plusy dodatnie. Znowu można jeździć nad morze, można też pojechać dalej - dotrzymałam obietnicy i niezwłocznie po wyjściu na powierzchnię z moich bezdennych oceanów marazmu - pojechałam do Sopotu. A Sopot - ja to Sopot - był dla mnie dobry. Morze znalazłam tam, gdzie je zostawiłam rok temu, kilka nowych miejsc i jeszcze więcej starych, dużo czasu na śniadania, spacery w bezlitosnym wietrze, dużo ludzi - w kameralnym gronie, ale do syta, jak rzadko nam się to ostatnio zdarza w rozjazdach między Warszawą a Trójmiastem, w biegu, w życiu. Miejsce i czas na muzykę, wyjątkowy koncert Leszka Możdżera w takim kameralnym gronie, w jakim spędziłam ten czas - bez tłumu, zasłuchanie i coś, czego nie potrafię nazwać, choć cierpliwie szukam słów. Jakaś forma przepływu emocji, historii i piękna, która tak rzadko się zdarza, cała byłam zasłuchaniem i mogłabym takie zasłuchanie próbować porównać do synestezji, bo muzyka na tą godzinę zaanektowała i inne zmysły, i mózg i duszę. Może i trudny ten Komeda - ale piękny. A teraz za mną chodzi akurat ten Komeda, którego na koncercie nie można było usłyszeć. I nie mogę spać..
Morze tak już ma, że wyzwala we mnie spokój, metafizyczność i jakąś potrzebę duchowości. Robi się ciszej, nie dlatego, że jestem taka wyciszona, tylko dlatego, że brakuje mi słów. O tym wszystkim potrafię rozmawiać tylko z morskim powietrzem, wędrując w tą i z powrotem wzdłuż linii brzegu, w przerwach zastanawiając się, czy kiedyś nie chciałabym mieć morza dla siebie na co dzień?
Ale potem wracam i zajmuję się codziennością, która coraz bardzie mi się podoba. Planowanie podróży - tych mniejszych i tych większych, z podobnym zaangażowaniem, w miejsca znajome i zupełnie nowe.
Pomysł, żeby postanawiać zaawansowane plany poprawczo-naprawcze w samym środku zimy jest na pewno polskim pomysłem. Koncepcja ta bowiem nieuchronnie prowadzi do pogłębienia, i tak już w styczniu wystarczająco głębokiej, depresji sezonowej. Sezon się zmienił, zmieniły się okoliczności i fryzura. I na dodatek dzień jest uroczy.
Czyli można zmienić wszystko.
Miriam obudziła się z nieco przydługiego zimowego snu.
Jak budzik podziałał na mnie wyjazd deda za siódmą górę i siódmą rzekę. Kiedy już zostałam somotna i porzucona przez świat i ludzi - nie miałam wyjścia i musiałam zrobić coś ze swoim życiem.
Na początek znalazłam pracę albo może praca znalazła mnie - w każdym razie za zasługę poczytuję sobie to, że nie uciekłam z krzykiem. Jak mawiał ded - pierwsze pięć lat bezrobocia było ciężkie, ale potem się człowiek przyzwyczaja. A po piętnastu - to już czysta przyjemność i można się nazywać artystą, jeśli nie plastykiem czy muzykiem, to choć artystą życia codziennego, nocnego i/lub kawiarnianego.
Potem zmieniłam nawyki. Zwłaszcza te dobre. Zaczęłam wstawać z kurami. Albo wcześniej niż kury? Kto wstaje wcześniej niż kury? Ja. Mniej palę, ale za to piję więcej kawy. Czytam, chociaż głównie w metrze i zupełnie nie oglądam telewizji - tutaj jednak muszę oddać sprawiedliwość telewizorowi, bo bez niego to raczej by się nie udało. Telewizor wspaniałomyślnie się zepsuł i dzięki temu ja mam więcej życia w życiu. To trochę, jakby dla mojego dobra i szczęścia ktoś bardzo mi bliski złożył w ofierze życie. Wzruszające jak filmy z bliźniaczkami Olsen w niedzielny poranek.
A teraz jeszcze słońce i wiosna, snucie majówkowo-wakacyjnych planów, planów na dzień i planów na wieczór. Snucie planów. Nowe ciekawe zajęcie. Aż chce się tym podzielić.
Bi Kej i jego kobieta - bogini (oby nie Nemezis) przygotowali letnia uczte w posiadlosci na obrzezach miasta. Przygotowan za pewne bylo sporo, akurat tyle by zaskakiwac gosci przysmakami przez reszte wieczoru. Jako, ze zadbalem aby poszerzyc sklad obecnych o moja siostre i Betty, ktora tego dnia skoczyla w tandemie, bylismy pierwszymi, ktorzy nawiedzili domostwo z pieknym ogrodem, psami i kotami. Przyszla seria dipow, warzyw i likieru w arbuzie. Potem zostal rozpalony grill i zrobilo sie tloczno od komarow i nowo przybylych. Wtym Kokoszki z nowa coreczka (piewsza jak na razie) oraz para, ktora pobrala sie w okolicach gorzowa i postanowila zamieszkac w fascynujacym budynku przy ulicy Banderii. Gdzies jeszcze slyszalem jakas rozmowe o posmaku humanistycznym - czyzby towarzystwo Karta? - poniewaz swego czasu przegapilismy kolacje na wysokim poziomie, nie bylo tematu, do ktorego moglbym nawiazac. Moj mis wybral sie w swoje strony, wiec reprezentowalem nasze trio (z psem) sam. Tez ze wzgledu na psa opuscilem zgromadzenie zaraz po zachodzie slonca - czyli daleko przed switem. Mam nadzieje, ze zabawa byla przednia, a gospodarzom gratuluje smaku i bardzo przyjemnej miejscowki!
Najlepsze zyczenia urodzinowe dla MLookasha, ktory nas czyta, ale nie wie co z tym zrobic!
Maria miala o czym pisac, bo uratowala przynajmniej zdrowie paralityka ostatnio, ale moze sama sie tym pochwali;)
ps. nie pamietam jak sie nazywa paralityk po angielsku - jednak co sie nie chce zapamietac
I wish all the US visitors nice watching the Damages - although this is a shame on all the commercials interrupting probably best scenes with Patty (Glen)..
W drodze do Bizancjum, gdzie mieli rozdzielić się z Wergilem wszyscy bawili się dobrze. Ponieważ nikt nie czuł się skrępowany wzajemną nagością urządzali kąpiele w wielkiej wannie, którą Ewa kazała specjalnie zainstalować na statku. Wśród towarzyszących im osób było jeszcze kilku urzędników, którzy płynęli do Bitynii oraz cały zestaw kupców i doradców, który miał pomóc polepszyć kontakty z prowincją. Atmosfera panowała niezapomniana w tym mikroklimacie towarzyskim, gdyż niejako zawieszenie pomiędzy obowiązkami, które zostały na lądzie a tymi, które miały dopiero przyjść wyzwoliło poszczególnych podróżników od życia w napięciu i zależności. Oktawiusz rozpoznał już charakter większości osób i co ciekawsze przedstawił Markowi. Jego arystokratyczne maniery imponowały wszystkim ponieważ, pomimo swoich zdolności organizacyjnych, cechował się wolnością od przywiązania do spraw materialnych oraz tolerancją obyczajową. Robiłoby to z niego dobrego ambasadora wiecznego miasta gdziekolwiek kazano by mu to miasto reprezentować. Nigdy jednak do tej pory nie myślał o pracy w instytucjach władzy. Wolał cieszyć się swoim majątkiem i przez Ewę załatwiać wszystkie potrzeby w kurii czy magistracie.
Zanim dotarli do Rzymu wschodu, zatrzymali się jeszcze w Atenach. Bezpośrednim powodem przystanku była informacja, którą przyniósł Oktawiusz od jednego ze znawców regionu, iż w świątyni Apolla jest doskonała wyrocznia. Wszyscy czworo postanowili skorzystać z tej okazji i zanim ich przygody rozpoczną się na dobre, chcieli dowiedzieć się co czeka ich w przyszłości. Gdy dotarli na miejsce i weszli przez pierwsze pomieszczenie otoczone wysokimi kolumnami, znaleźli się w okrągłej izbie, która była oświetlana płomieniami palenisk. Na ścianach znajdowały się intrygujące malowidła. W większości przedstawiały różne zawody artystyczne, ale co ciekawe pokazywały również reakcje publiczności. Paweł doskonale potrafił odczytać ich znaczenie. Audytorium było zazwyczaj jedno lub dwu osobowe i łatwo można było spostrzec czy jest ujęte pokazem rozrywkowym, czy raczej zostaje przerażone, a czasem nawet obrażone. Twórca nawet niewinnego dzieła nie może przewidzieć z jakimi odpowiedziami się ono spotka. Katharsis zarówno masowego wydarzenia jak i indywidualnego pokazu towarzyszy widzom w zależności od ich nastawienia, doświadczenia i kondycji psychicznej w danym momencie. Ilościowa konsumpcja sztuki może prowadzić do wstępnego wyrobienia i oczyszczenia, ale także do stępienia zmysłów i obojętności jaką często można zaobserwować u tych, którzy mają łatwy dostęp do uznanych twórców i sami nie muszą poszukiwać nowych talentów.
Młody ministrant, o dziwnie długim korpusie i rękach kazał im zając krzesła medytacyjne i czekać. Sam pozostał w zamyśleniu obecny wśród zgromadzonych. Po dłuższej chwili do pomieszczenia weszła niska kobieta, ubrana w luźną tunikę. Na niej powiewała różowa chusta.
- Nazywam się Loredana – powiedziała pokazując na Marka żeby szedł za nią.
Wyrocznia była dosyć puszystą osobą, miała małe stopy i niewielkie ręce. Jej kręcone włosy były wysoko upięte wokół głowy. Gdy mówiła głos jej drżał i się urywał. A jednak kiedy było się w jej obecności czuło się siłę i zafascynowanie tajemnymi praktykami, w których brała udział. Marek dotarł do bardzo przestronnego pomieszczenia, którego większość zajmował basen z zieloną wodą. U szczytu sali było widać wielki posąg Apolla, wyrzeźbiony zapewne z najlepszego marmuru, jednak ze względu na odległość można było zaobserwować tylko jego kształt. U jego podnóża stała nieruchomo młoda kobieta. Ubrana była na biało i najwyraźniej służyła za medium. Z daleka widać było tylko, że ma mocny makijaż i delikatnie się uśmiecha. Marek został poproszony, żeby ukląkł u szczytu basenu na kaszmirowym klęczniku, a Loredana położyła mu ręce na głowie.
- Mężny człowieku, masz wspaniałe plany w swej głowie. Choć niewątpliwie jesteś na rozdrożu ścieżek swojego życia. Czeka cię spore wyzwanie emocjonalne. Nie będziesz mógł znaleźć swojego miejsca, ale woda przyniesie ci ulgę. Twoje uczucia nie będą wystawione na próbę, lecz nie koniecznie spotkają się ze zrozumieniem.
Jeszcze chwilę się zastanawiała nad wyznaniem jego losów, lecz na tym poprzestała. Zanurzyła ręce w wodzie basenu i wytarła w swoją chustę. Wyprowadziła Marka tą samą drogą, którą przyszli. Dalej wysoki ministrant poprowadził go do sali gdzie mógł wziąć kąpiel i posilić się czekając na resztę towarzyszy. Po pewnym czasie dołączył do niego Paweł. Jego proroctwo mówiło o dużej ilości przyjemności, które go spotkają oraz o niebezpieczeństwie osamotnienia, jeśli nie znajdzie w sobie dostatecznie dużo wyrozumiałości. W tym czasie Loredana przepowiadała sprawy Wergila. Po powrocie powiedział tylko tyle, że nie może spodziewać się jak zakończy się jego namiestnictwo oraz że wróci do Rzymu w innej kondycji niż go opuścił. Ewa nie chciała relacjonować swoich przepowiedni, lecz z trudem udawało jej się ukryć poruszenie. Gdy wracali do portu towarzyszył jej Paweł i próbował wyszydzać zwyczaje magiczne. Mówił, ze jako artysta niejednokrotnie imitował podobne inscenizacje i przyznał, że wywierał niezłe wrażenie na odbiorcach. Ewa jednak nie chciała się śmiać. Nie tylko dlatego, że wierzyła w dobre rekomendacje, a taką niewątpliwie była jakość wizji Loredany, lecz jej strona duchowa nie lubiła być wystawiana na prześwietlenie. Tym razem miała do czynienia ze sprawami, które nagromadziły się przez wiele lat i nie chciały dać jej spokoju.
Podróże zawsze wiążą się z ryzykiem. Zwłaszcza jeśli są to podróże życia. Na początku wyprawy trudno jednak stwierdzić jaki charakter ma ten raz. Ewa ze zwykłym sobie rozmachem kazała majordomusowi przygotować tonę przedmiotów na różne okazje. Wśród jej ekwipunku nie zabrakło nawet namiotu królewskiego, który swego czasu otrzymała od króla Partów. Jej zarządca nie miał wątpliwości, że gdyby przyszło jej zostać królową pustyni, miałaby przy sobie wszystkie potrzebne zapasy. Jej lektyka czekała przed pałacem, zanim jeszcze Ewa sama wstała. Statek był już załadowany nie tyle ekwipażem jej męża, ile jej samej. Majordomus jako najstarszy sługa pozostał w domu i miał za zadanie opiekować się ich nastoletnim synem i nieco młodszą córką. Do towarzystwa Ewa zabrała dwie służące i swojego woźnicę, który dawniej był zwycięzcą wyścigów zaprzęgów i najbardziej zaufanym z jej osobistej obsługi. Markus z Pawłem nie potrzebowali aż takiej wyprawy. Nie zapomnieli jednak o wygodach typu ulubiona misa do mycia rąk czy baldachim z ich domowego łoża. Na wspólną wyprawę jechał z nimi Oktawiusz, chociaż raczej do ozdoby niż faktycznych zadań. Na pewno mógł się przydać jako tłumacz, ale w innych kwestiach postanowili zdać się na lokalnych ludzi. Poza tym wybierając się tak na prawdę za rozrywką, Markus miał kilka kontaktów w Babilonie i po drodze, które mogły im pomóc się odpowiednio zorganizować.
Kiedy przybyli do portu, Ewa już czekała na statku. Jej mąż wydawał ostatnie polecenia kapitanowi. Markus podniecony wyprawą nie mógł powstrzymać się przed mówieniem od popołudnia poprzedniego dnia, na co Paweł raczej potakiwał zmęczony jeszcze ostatnimi wydarzeniami. Gdy sprawdzili stan swoich pokoi na galerze, udali się na pokład aby obserwować oddalające się miasto. Chłopcy stali przytuleni przy burcie, kiedy podeszła do nich Ewa:
- Jak się macie moje gołąbki? Paweł biedaku, czy doszedłeś już do siebie?
- Tak, dziękuję za masażystę, którego mi przysłałaś. Chyba rozumiesz, dlaczego nie chciałem więcej oglądać tych ludzi?
- Tak, dlatego będą mogli teraz gwałcić i rabować na polach Germanii. Konsul obiecał mi, że nie będą ich oszczędzać na polu walki.
- Kochana, czy to miasto nie przestanie istnieć przez Twoją nieobecność? – Podszepnął Marcus.
Ewa się uśmiechnęła znacząco i powiedziała, że zadbała o swoje interesy i wydała co ważniejsze polecenia. Zresztą dostanie raporty w drodze, gdyż kazała przesyłać gołębie do każdego portu, w którym mieli się zatrzymać.
Wergil obserwował gromadę z wyższego pokładu i zastanawiał się, co jeszcze jego żona ma w swoich planach. Wiedział już, że przygotowała się na dłuższy niż miesięczny pobyt i mówiła coś, że w drodze powrotnej przyjedzie do niego, żeby zobaczyć tym razem jak wygląda jego prowincja.
Tej nocy Markus kochał się z Pawłem wyjątkowo namiętnie i dziko, jakby przeczuwali temperament egzotycznych stron, w które się udawali. Paweł wrócił do formy na tyle by unieść Marka na swoich udach i pieścić go przyciśniętego do ściany kajuty. Maść rozgrzewająca, która Oktawiusz kupił u fenickiego aptekarza, dodawała wrażeń ich erotycznej fantazji. Ich ulubioną pozycją było kiedy Marek leżał na plecach z uniesionymi nogami, a Paweł penetrował jego intymne miejsca. Potrafili też przez długi czas leżeć spleceni na boku i dosięgać swoich pleców, masując i całując się po szyi. Przez otwarte drzwi na taras wpadał szum morza i wilgotny wiatr, który w nocypotęgował ich doznania. Szczęśliwi i uśmiechnięci zasnęli w ułożeniu, gdzie Marcus obejmował od tyłu ułożonego w embrion Pawła.
Wieczorem dnia kiedy data wyjazdu była już znana, Paweł umówił się ze znajomymi z dawnego życia, jak to teraz określał, żeby się z nimi pożegnać. Na samych słowach się nie skończyło i wesołe towarzystwo podróżowało od tawerny do tawerny, coraz bardziej pochłonięte zabawą. Jeden z towarzyszy zaproponował, żeby pójść do znajomego, który dostał niedawno pracę w winnicy. Produkowano tam wina na najlepsze stoły. Jako, że Paweł ostatnio pijał przy najlepszych stołach, zgodził się na odmianę współbiesiadników, z którymi miał to robić. Czerpał swoistą radość z poufałości jaka panowała w jego dawnej ferajnie. Nie rezygnował z jej towarzystwa z własnej fantazji, jednak kręgi, w których zaczął się obracać miały trochę inne zwyczaje i nie koniecznie udawało mu się łączyć temperamenty jednych i drugich. Tej nocy jednak mając przed sobą perspektywę wielkiej podróży, dawał się opętać starym nawykom, w stopniu jaki towarzyszył jego zabawom w czasach zanim poznał jeszcze Marka. Aktorzy i aktorki, treserzy zwierząt, służący, oberżyści, ulicznice i zepsuci klerycy stanowili doskonałe pole do eksploracji cielesnej, a także uczuciowej w tamtym okresie jego życia. Nie czuł się ograniczony ich losem, nie brał do siebie ich problemów, niejako przeczuwając los jaki go spotka. Pamiętał zresztą opowieści matki o jego rodzicu i pomimo, że jego znajomi opowiadali takie i podobne historie o sobie, wiedział o swojej wyjątkowości i od czasu do czasu ją okazywał. Nikt zresztą z jego dawnego otoczenia nie miał mu tego za złe i nawet czasami stanowiło to dla nich pewien rodzaj uciechy bądź wywyższenia.
Podobnie tej nocy kiedy dotarli do winnicy, nowy pracownik wprowadził ich do składu, gdzie czekała gotowa partia wina do wysyłki. Przybytek znajdował się na obrzeżach miasta, wśród pól uprawnych i sadów, więc uczestnicy biesiady wiedzieli gdzie znaleźć potrzebny prowiant. W miarę jak postępowały uciechy, towarzystwo przeniosło się przed zabudowania, gdzie czuć było delikatny wiatr, który zbiegał po zboczach górskich i pędził w stronę morza. Chcąc doczekać świtu tej wybornej nocy, postanowiono rozpalić ognisko. Los chciał, że w tym samym czasie grupa żołnierzy wracała z przepustki. Co prawda do koszar było jeszcze kawałek, ale wojacy odurzeni uciechami miasta postanowili zaczepić bawiący się tłumek. Początkowo przyjaźnie zagadywali dziewczyny i chcieli częstować się alkoholem. Z czasem jednak sytuacja stała się bardziej irytująca. Ich uwagę zwrócił Paweł, ze względu na swoją urodę. Nie dążył bezpośrednio do prowokacji, ale na zaczepki pod jego adresem odpowiedział równie agresywnie. Siłą rzeczy żołnierze tylko na to czekali. Dziewczyny, które za bardzo krzyczały zostały przeczołgane włosami po ziemi, chłopcy albo stracili parę zębów albo zostali przepędzeni z rozkosznego placu zabaw. Najgorszy los spotkał Pawła, gdyż wzięli go między siebie i zaczęli nim pomiatać. Osiłek o jasnych włosach uderzył go parę razy w brzuch. Dwóch druhów legionu rozdarło jego koszulę. Dziesiętnik zamiast powstrzymywać agresywnych podwładnych jeszcze wtórował ich rządzy. Ktoś rzucił pomysł, żeby związać bezbronnego aktora i dać mu nauczkę, jak to jest być na żołdzie cesarstwa. Jeden z kompanów wyciągnął miecz i wymyślił, żeby sprawdzić jak głębokie ma gardło ich ofiara. Biedny, skrępowany kochanek, zaczął kopać na boki, jednak podnieceni wojacy szybko go unieruchomili. Rzucili go na kolana i przytrzymali mu głowę. Właściciel miecza zaczął rozwierać nim usta Pawła, przychylając swoją twarz blisko do jego. Niemalże całował go po brwiach i czole, dusił za szyję i pienił się w rozmyślnym łajdactwie. W którymś momencie chłopakowi zrobiło się niedobrze, dostał konwulsji i szczęśliwie dla siebie stracił przytomność.
Ocknął się obolały, gdy już było jasno i dwóch jego towarzyszy niosło go po wewnętrznej stronie murów miasta. Podał im adres przy via Carolina i znów stracił siły. Marcus, który nie spał tej nocy usłyszał głosy na śpiącej jeszcze ulicy. Nie tyle przejmował się nieobecnością Pawła, gdyż pozwalał mu zachowywać niezależność stosowną dla jego wieku, ale po części również był podniecony znajomością daty wyjazdu, jak i targały nim różnorodne obrazy scenariuszy bliskiej wyprawy. Zanim zdążył wybiec z sypialni, na dziedzińcu Oktawiusz już był przy rannym. Zaczął głośno krzyczeć w swoim języku i załamywał ręce nad okaleczonym Pawłem. Po raz ostatni był w takim stanie, gdy musiał świadkować kastracji jednego z niewolników, jako karę za gwałt ekwitki, której służył. Pani była na tyle przywiązana do swojego instrumentum vocale, żeocaliła go przed śmiercią. Marcus, który dostał się do zbiegowiska w następnym momencie, był daleko bardziej przytomny. Kazał zanieść chorego do pokoju dziennego i wysłał służącego po lekarza. Gdy ten się zjawił Paweł był już umyty i zasnął ze zmęczenia. Okazało się, że rany nie są bardzo poważne i poza kilkoma szwami, wystarczy zwykła opieka i tygodniowa rehabilitacja.
Ewa stała w hallu w pięknej zielonej sukni. Trudno powiedzieć żeby takie akurat były modne. Od tego wieczoru miały dopiero stać się modne. Goście, którzy przychodzili raczej tłumnie mogli chwilę porozmawiać z gospodynią przy powitaniu, poczym byli skazani na własne, mniej lub bardziej znajome towarzystwo. Wergil krążył między wszystkimi, chwilami podchodząc do żony. Częściej czekał na jej dyskretny znak, że warto w tym momencie podjeść i odebrać gratulacje czy wskazówki od gościa, który akurat witał się z Ewą. Oboje mieli swój cel. Wergil chciał jak najlepiej wypaść i zapewnić sobie pozycję, która pozbawi go dodatkowych problemów w czasie rządzenia Bitynią. Ewa, z kolei pragnęła pokazać jak doskonale potrafi rozporządzic losem męża oraz, żę to ona rozdaje karty w wielu kwestiach, które dotyczą imperium. Oboje nieświadomie niecierpliwili się na myśl o chwili, kiedy Markus pojawi się w drzwiach. Szczęśliwie się składało, że ten człowiek pozostawał w przyjaźni z obojgiem Wergiliusów, pomimo ich często sprzecznych interesów.
Markus wiedząc o tym doskonale nie spieszył się z przygotowaniami. Przy podwieczornym deserze opowiadał Pawłowi o osobach, które może spotkać tego wieczoru. Młodzieniec znał część wywoływanych imion ze słyszenia na ulicach miasta. Poza tym jednak, że tym razem miał poznać bohaterów historii osobiście, to jeszcze opowieści zapadające w pamięć przywoływały wspomnienia, którymi dzieliła się jego matka. Często gdy nie wiedział co ma myśleć o swoim pochodzeniu i innych ludziach, których spotykał na swojej drodze, wyobrażał sobie, że jego rodzeństwo żyje gdzieś w egzotycznych luksusach. Wiedział, że nie może być jednym z nich, lecz nie przeszkadzało mu to myśleć, że mógłby nosić tytuł arystokratyczny a jego imię byłoby wywoływane na ulicach miasta. Markus nie starał się gasić tych pragnień. Wręcz przeciwnie, często pokazywał jakie drogi prowadzą do chwały i bogactwa, bez zmieniania dziejów historii i własnego przeznaczenia. Może nawet za często mącił w młodej głowie wizjami własnych planów i próbował udowadniać, że ich wspólne działanie może być oparte na partnerstwie, pomimo różnicy pochodzenia. Marek wierzył w talent i urok Pawła, na tyle, by właściwie chwalić się nim przed znajomymi.
Kiedy znaleźli się w ogrodach pałacu Wergiliuszy wokół panował już spory ruch. Towarzystwo powoli przechodziło do kolejnych pomieszczeń. Gdy weszli po schodach i przez ozdobne drzwi, podbiegł do nich Wergil:
- Wreszcie jesteście! Po godzinie witania się ze wszystkimi już mi przeszła ochota na dalsze ceremonie – powiedział niczym weselnik, któremu znudziło się przyjmowanie życzeń od nieznajomych członków rodziny
W tym czasie Ewa rozmawiała z dwoma senatorami, którzy po powrocie z delegacji, nie zdali jeszcze oficjalnej relacji. Paweł zobaczył profil Ewy w lustrze, które tęczowo iskrzyło po ścianach. Prawie automatycznie Ewa złapałajego spojrzenie. Jej wzrok był na tyle mocny, że chłopakowi ścisnął się żołądek. Jednocześnie wydobył z siebie uśmiech, na co ona odpowiedziała skinieniem głowy. Markus obudził Pawła z tej wymiany kładąc mu rękę na ramieniu. Wraz z Wergilem ruszyli przywitać się z panią domu. Ewa serdecznie uściskała się z Markusem, po czym wyciągnęła rękę do Pawła. Ten nie krył oczarowania jej postacią. Niemniej naturalnie powiedział, że bardzo mu miło ją poznać. Ewa niemalże puściła do niego oko i nie chcąc utrzymywać tej chwili w zbyt oficjalnym tonie powiedziała, żeby się rozgościli a ona zajmie się nimi jak już będzie mogła zejść z piedestału, po czym znów się uśmiechnęła. Paweł wypatrzył architektów, którzy zajęli się nim na tyle, że Markus ujął Wergila pod ramię i poszli budować strategię wyjazdu nowego gubernatora z miasta. Jednocześnie przyglądali się wszystkim wymieniając pozdrowienia i grzeczności.
W trakcie wieczoru, w sali z kadzidłami Paweł odkryłpółnagie tancerki, które miały zabawiać gości swoimi pokazami. Ponieważ była to najdziwniejsza komnata, jaką zwiedził w tym wspaniałym domu zatrzymał się na chwilę. Niespodziewanie za jego plecami znalazła się Ewa w towarzystwie Marka:
- Spodziewałem się, że odkryjesz to miejsce – powiedział ze śmiechem starszy Rzymianin – właściwie chciałem skopiować ten pomysł i zatrudnić u siebie tancerzy, ale byłaby to zbyt duża rozpusta!
- Dlaczego, przecież w tym domu nic nie może być za dużą rozpustą – odparował Paweł. Zmieszał się własną odpowiedzią, lecz nie wiedział jak zareagować na gest Ewy, która wzięła jego dłoń i nasypała w nią wonnego proszku.
Markus również wydobył odrobinę specyfiku i wskazał gestem by podeszli do ognia. Wsypał swoją porcję i intensywny zapach rozszedł się po pomieszczeniu.
- Czy słyszałaś o śpiewakach z Babilonu? - zapytał Paweł, wyraźnie zainteresowany tym co robią tancerki.
- Owszem, słyszałam. Przecież Wergil siedział tam przez ponad dwa lata. Nie chodzi o to, że mu nie wierzę co do autentyczności tego zjawiska, ale zwyczajnie mnie to nie interesowało – powiedziała wydymając usta.
Markus zamyślił się i wydawał się być nieobecnym w tym momencie.
- Zamierzamy się wybrać do Babilonu, żeby to sprawdzić – kontynuował Paweł. - Jeśli ten pomysł się uda będę mógł mieć własny teatr. Wtedy na pewno goście będą mogli podziwiać moją komnatę z kadzidłami. Może nawet będzie tam oswojony lew – rozmarzył się.
- Słyszałam o twoich planach, nie wydają mi się nierealne. Będziesz jednak potrzebował dużo wsparcia w tym przedsięwzięciu. Sam wiesz najlepiej jak wybredna potrafi być publiczność i jak trudno utrzymać dobrych artystów.
- Tym się nie martwię. Na pewno Pani zechce pomóc swoją znakomitą radą i opinią. Ja, z kolei słyszałem jak chętnie ludzie podążają za Pani wyborem.
- Podążają, o ile jest to mądry wybór, a ten na pewno jest mądry – wtrącił się Marek – wszystkim nam dobrze zrobi zajęcie się sprawami niematerialnymi.
- Tobie dobrze zrobi, my zajmujemy się nimi na co dzień, prawda Pawle?
Paweł uśmiechnął się i przytulił do Marka.
- Wiem, że ta pani nie wyjeżdza chętnie z Rzymu, ale może nasze towarzystwo ją jednak skusi? – powiedział Paweł jakby w powietrze.
- Nie mogę przecież pojechać z wami, skoro zwyczajowo nie jeżdżę z mężem – kalkulowała – chociaż tym razem nie będzie i ciebie Marku. Jeśli obiecacie mi, że na miejscu nie będziecie dłużej niż miesiąc, możemy wyruszyć razem z Wergilem i odbić w drodze do Babilonu.
- Hm. Wspaniale! – wykrztusił zdezorientowany Markus. - Zawsze proponowałęm ci wspólną podróż. Cieszę się, że wreszcie się skusiłaś!
- Możesz to zawdzięczać swojemu kochankowi! Dla niego zrobię wyjątek. – Po czym pocałowała Pawła w policzek i odeszła.
Następnego dnia Markus napisał do Wergila czy już wie o nowym pomyśle jego żony. Odpowiedz przyszła dopiero wieczorem i stwierdzała, że nie tyle go dziwi, co raczej wzbudza niepokój o los całej ich trójki. Kolejnego dnia kiedy spotkali się w bazylice, Wergil przypomniał, że gdy byli młodzi Ewa była bardzo zazdrosna, że więcej względów Marek okazywał przyjacielowi niż jej. Chyba do dnia dzisiejszego mu tego nie wybaczyła. Zwłaszcza, że jej obecne życie w dużej mierze opiera się na obecności w nim Marka. Jednym słowem jeśli stoi za tym pomysłem jakiś zamiar Ewy, nie byłby spokojny na miejscu swojego powiernika.
- Już lepiej przywieźcie ją do Bitynii, a ja wam przyślę śpiewaków prosto do Rzymu.
Na to Markus się roześmiał i zostawił Wergila bez odpowiedzi.
Paweł był wyraźnie podniecony całym zamieszaniem, które wyniknęło. Ewa bardzo mu się spodobała i był zadowolony na myśl o jej dłuższym towarzystwie. Wiedział, że w skrajnej sytuacji Marek będzie w stanie ją poskromić. Chyba, że akurat tego nie będzie chciał zrobić. Młodzieniec zwolnił się z teatru i pomagał swojemu opiekunowi w przygotowaniach do podróży. Mieli być gotowi na dzień wyjazdu Wergila, który załatwił już wszystkie formalności i czekał teraz na przydział statku.
Szedł z mieszkania w insulii, które wynajmował na przedmieściach. Było mu to zupełnie obojętne. Czuł się niezależny a często i tak nocował w okolicach teatru u różnych znajomych. Tego dnia miał wyjątkowo dobry nastrój. Wiedział, że ten wieczór będzie niepowtarzalny. Oczywiście wiedział jak bardzo zafascynował Marka. Nie była to dla niego nowością, że wzbudza gorące uczucia u ludzi. Zazwyczaj jednak im gorętsze były cudze emocje, tym mniejsze stawało się jego zainteresowanie. Tym razem było jednak inaczej. Paweł również musiał się powstrzymywać przed okazaniem jakie uwielbienie wzbudza w nim Markus. Wszystko dlatego, że starszy Rzymianin odbył już swoje cursum honorum, ale ciągle pozostawał naiwny jak dziecko. Wzajemność jaka powstała pomiędzy obojgiem obywateli była zupełnie pospolita, a jednak całkiem szczególna przez wzgląd na okoliczności.
Paweł był już na ulicy, gdzie stały domy patrycjuszy gdy nagle naszły go wątpliwości, których do tej pory zwykle nie miewał. Ostatnio, gdy nad ranem w gospodzie ulicznica zaproponowała mu niższą niż zwykle stawkę nie zastanawiał się ani minuty. Tym razem nie chodziło o jego ciało. Jako aktor już dawno oduczył się traktować siebie jako dobro reglamentowane. Wątpliwości kłębiły się jednak wokół wolności jego ducha. Markus miał nie tylko przewagę życiową i majątkową. Miał w sobie dziwny upór i zawziętość, która z jednej strony podobała się Pawłowi, z drugiej go przerażała. Ostatecznie nie zwolnił nawet kroku i zawołał wesoło na Oktawiana, który udawał że go ignoruje.
Markus zniecierpliwiony czekał w atrium. Gdy tylko ujrzał Pawła porwał go w ramiona i pociągnął do jadalni.
- Ależ kazałeś na siebie długo czekać! – krzyczał z przegiętym uśmiechem Markus, choć dopiero co oderwał się od swoich zajęć.
Paweł nie odpowiedział tylko dał szturchańca swojemu uroczemu adoratorowi. W obydwu było wiele przekory. Niemalże ścigali się we wzajemnych złośliwościach. Jeden wpływowy i kapryśny,drugi atrakcyjny i często lekkomyślny. Po wieczornej uczcie wyszli do ogrodu. Markus odzwyczajony od niepewności zapytał wprost czy Paweł zostanie na noc.
- Zobaczymy… - odpowiedział Paweł mrużąc oczy.
- Od tego zależy jak wykorzystamy wieczór – nie poddawał się Marek – jeśli chcesz, oddamy się przyjemności. Inaczej poświęcimy wieczór na wzajemne podszepty.
Paweł nie miał poczucia pośpiechu, choć rzadko szanował swój czas. Zdziwiło go pytanie przyjaciela, jednak zaciekawiło w podobnym stopniu. Wcześniej nie spotkał się z taką bezpośrednią postawą.
- Chodź nakarmimy lwa –zaproponował Marek.
- Nie wiedziałem, że masz lwa – zaśmiał się Paweł.
Wziął Marka pod rękę i poszli w stronę klatek. Na ich twarze padało światło z pochodni. Niewolnik podał im ogłuszonego szczura i weszli do klatki. Młody lew okazał zainteresowanie. Paweł był wyraźnie podekscytowany.
- Możesz zawsze przychodzić do Leo, nawet gdy mnie nie będzie. W ogóle możesz zawsze przychodzić! – prowokował Marek.
Paweł oszołomiony całą wizytą nie wiedział czy ma podziękować i zawrócić w swoją stronę czy sprawdzić resztę atrakcji. – Czy to prawda, że jesteś głównym sponsorem nowego teatru, o którym mówili architekci? Skąd u ciebie taka mało dochodowa inwestycja?
- Powiedzmy, że interesuję się teatrem od paru tygodni. Mam już kilka pomysłów jak na tym zarobić. Słyszałeś kiedyś o śpiewakach z Babilonu? Mogą być nie lada atrakcją w naszym świecie.
Dynamika między mężczyznami osiągnęła swoistą stałość. Każdy z nich już dawno zatopił się w objęciach drugiego. Jednak stało się to wyłącznie mentalnie. Fizycznie obaj byli równie niedopieszczeni i chcieli aby to druga strona zrobiła pierwszykrok. Żaden z nich nie był przekonany jak potoczą się ich wspólne losy i nie mogli sobie tego wyobrazić. W tym samym momencie byli już w przedsionku sypialni i jednym dotknięciem pozbyli się ubrań. Markus pod ozdobnym strojem okazał się przystojnie zbudowanym mężczyzną. Jego ładnie zarysowane ramiona i prężny brzuch spodobały się Pawłowi. Delikatnie zaczął całować włosy Marka. Ich usta spotkały się w tym samym miejscu. Naturalne podniecenie przeszyło obaciała. Czuli się jak nigdy przedtem. Chwila była zupełnie wyjątkowa i nie mieliwątpliwości, że ich drogi skrzyżowały się nieprzypadkowo. Markus rozchylił uda młodzieńca i dosięgnął jego penisa. Zachwycił się prostym i nieobrzezanym owocem. Paweł był podniecony przejęciem partnera. Obrócił go wprawnym ruchem i zaczął całować po karku. Markus usiadł na łóżku i mocno przytulił Pawła. Powiedział, że marzył o tym momencie i chciałby go uwiecznić. Nie chce tak po prostu przechodzić do codzienności. Taki obrót sprawy zaskoczył Pawła, ale zaakceptował go intuicyjnie jako szczególny przejaw względów. Zaproponował żeby wyszli na taras ochłonąć. Nie była to już taka przechadzka jak wcześniej. Pozostali cały czas przytuleni i upajali się wzajemną bliskością. Tak doczekali pierwszych promieni świtu. Zasnęli obok siebie, jak dwie bardzo bratnie dusze, które w tej chwili odnalazły zupełne ukojenie.
Następnego dnia zaczęli budować nowe rytuały. Paweł spóźniony pobiegł na próbę a Markus z wypracowaną metodyką zasiadł do ksiąg z rachunkami. Po tygodniu Paweł był już właściwie stałym mieszkańcem domu przy via Carolina. Służba nie dziwiła się nowemu stanowi rzeczy, choć tylko najstarszy majordomus pamiętał podobną sytuację. Kochankowie nie ustawali w robieniu wspólnych planów. Największy za realizację którego się zabierali to była wyprawa do Babilonu w celu sprowadzenia sławnych śpiewaków. Wergil miał niebawem wyruszać do Bitynii i wydawał właśnie przyjęcie z okazji swojego nowego namiestnictwa. Ogłosił również, że to ostatnia jego wyprawa. Po powrocie chce zająć się sprawami na miejscu i wróci do polityki. Dla Markusa i Pawła miał to być debiut we wspólnym towarzystwie. Co prawda w domu Wergila miały być same świetności senatu, kapłaństwa i kupców ale Pawełwydobył zaproszenie również dla architektów. Markus nie był specjalnie przejęty tą okolicznością, zawsze lubił podobne okazje. Chciał poznać Pawła z Ewą, żoną Wergila, a właściwie trochę się pochwalić. Ewa uchodziła za osobę pierwszego sortu jeśli chodzi o kręgi społeczne Rzymu. Tak naprawdę niejedną nominację Wergil zawdzięczał jej, chociaż wolał się do tego nie przyznawać. Markus z Ewą współpracowali przy niejednym przedsięwzięciu, lubili także rywalizować przy różnych okazjach. Ewa ostatnio była zajęta powrotem Wergila ale niedługo w związku z wyjazdem męża planowała powrócić do starych zwyczajów. Wtedy naturalnie więcej czasu spędzałaby z Markiem, który do tej pory chętnie dotrzymywał jej towarzystwa.
W willi koło świątyni Ceres Markus studiował swoje pergaminy. Po południu postanowił, że wybierze się do portu sprawdzić czy interesy układają się pomyślnie. Ostatnio transport sylfii przybył z opóźnieniem. Chciał upewnić się czy tym razem nie ma żadnego kłopotu. W drodze powrotnej postanowił, że zajrzy do odeum. Od ostatniego spotkania z Pawłem minęło już kilka dni. Tak naprawdę nie było to spotkanie, Markus po prostu był na przedstawieniu. Wybrał jednak je świadomie. Pawła poznał miesiąc wcześniej u architektów. Nie dał po sobie poznać jak duże wrażenie zrobił na nim chłopak. Od tego czasu sporo się o nim dowiedział, lecz starał się nie narzucać. Teraz rozpieszczał się myślą o swoich motylach w brzuchu i wrażeniu jakie robi na Pawle. Ten aktor miał dopiero 18 lat. Nie do końca jeszcze zdawał sobie sprawę z własnego talentu i niezupełnie potrafił się nim posłużyć. Był lubiany przez swoje otoczenie ale zawsze fascynowały go silne charaktery oraz poszukiwanie cudzych nieszczęść. W momencie gdy poznał Markusa nie dbał o swoje życie emocjonalne i fizyczne za bardzo. Tak naprawdę nigdy nie dbał o siebie i albo nie miał poczucia, że cokolwiek zawdzięcza naturze, albo wręcz przeciwnie, chciał zamanifestować, że nic jej zawdzięczać nie będzie. Nie znał swojego ojca choć matka, która była pracownicą na targu (najlepszą przekupką w tej części miasta) wielokrotnie opowiadała o dowódcy obcych wojsk, który wziął ją do niewoli gdy miała szesnaście lat. Sama pozostawała w niewoli przez sześć lat kiedy to ów dowódca zmarł a jego dzieci sprzedały dom i dobytek obcym ludziom. Paweł z jednej strony wierzył w tą historię jednak napawała go ona jakimś wstrętem do siebie i ludzi w ogóle.
Markus po rozmówieniu się z szefem swoich dostawców kazał zanieść się do łaźni. Lubił ten przybytek bo osobiście dobierał rzeźby, które miasto zamówiło w ramach ozdobnego wyposażenia. Lektyka z dzielnicy portowej szybko przemieszczała się niedawno poszerzoną ulicą. Mijając sąd i forum Marek rozmyślał o wieczorze, kiedy to po raz pierwszy Paweł miał go odwiedzić prywatnie. W okolicy biblioteki spostrzegł lektykę swojego przyjaciela. Wergil niedawno wrócił z prowincji i miał wkrótce otrzymać nominację na gubernatora Bitynii. Obie lektyki zatrzymały się u schodów biblioteki. Marek przesiadł się do drugiego pojazdu. Ich powitanie było szczere i wesołe. Zwłaszcza że ostatnio tylko korespondowali ze sobą. Zawsze łączyło ich dobre porozumienie a jeden i drugi mieli ostatnio sporo przygód.
- No, stary draniu! Widzę, że ciągle nie możesz się ustatkować. Twoja żona zaczyna już kolekcjonować bizantyjskie szkło. I niestety nawet ja nie jestem w stanie jej pocieszyć!
- Przecież wiesz, że zawsze może pojechać ze mną, na prowincji naprawdę nie jest tak źle. Babilończycy to mili ludzie a widoki z tamtejszego pałacu były wprost wspaniałe.
- Hm, pewnie tak wspaniałe, że dlatego ze złości kazałeś powiesić stu tubylców.
- Ty jak zwykle przesadzasz. Ta setka była skłonna zburzyć spokój w całym regionie. Nie mogłem do tego dopuścić. Powiedz lepiej jak twoje interesy? Słyszałem, że kupiłeś nowe winne latyfundium. Czy nie chciałbyś zainwestować także w Bitynii?
- Chętnie zainwestuję w twoje przedsięwzięcia ale nie każ mi się stąd ruszać.
- Och, czyżbyś miał zacząć nowy romans i dopóki go nie oswoisz, będziesz się zasłaniał wygodnym życiem?
Z drugiej strony odpowiedział nieprzenikniony uśmiech. Wergil doskonale znał to spojrzenie. Odpowiedział:
- Mam nadzieję, że przed wyjazdem dowiem się szczegółów. Tymczasem życzę udanego wieczoru.
Markus nie miał już czasu i postanowił, że odświeży się w domowej łaźni. W publicznej mógłby ulec jeszcze jakiejś pokusie, a teraz nie chciał się rozpraszać. Przed domem powitała go znajoma twarz Oktawiana, który krzyczał na ogrodnika. Niewolnik o imieniu po swoim poprzednim właścicielu był pół-Arabem pełnym temperamentu, którego kupno było jednym z kaprysów Marka. Na co dzień ze względu na szczególny odcień skóry Markus przy porannej garderobie kazał usługiwać Oktawianowi nago. Już wkrótce miał zmienić swoje zwyczaje i to nie z powodu Pawła, który był już w drodze na umówione spotkanie.