RSS
sobota, 07 maja 2011
podróże małe i duże
Powrót do życia ma swoje konsekwencje, w kilku miejscach boli, naciągają się i nadwyrężają dawno nieużywane mięśnie i dusza. Zakwasy na umyśle, zagryzam zęby, wiem, że to kiedyś minie, trzeba je rozchodzić, nie przestawać myśleć i iść dalej. Są też plusy, plusy dodatnie. Znowu można jeździć nad morze, można też pojechać dalej - dotrzymałam obietnicy i niezwłocznie po wyjściu na powierzchnię z moich bezdennych oceanów marazmu - pojechałam do Sopotu. A Sopot - ja to Sopot - był dla mnie dobry. Morze znalazłam tam, gdzie je zostawiłam rok temu, kilka nowych miejsc i jeszcze więcej starych, dużo czasu na śniadania, spacery w bezlitosnym wietrze, dużo ludzi - w kameralnym gronie, ale do syta, jak rzadko nam się to ostatnio zdarza w rozjazdach między Warszawą a Trójmiastem, w biegu, w życiu. Miejsce i czas na muzykę, wyjątkowy koncert Leszka Możdżera w takim kameralnym gronie, w jakim spędziłam ten czas - bez tłumu, zasłuchanie i coś, czego nie potrafię nazwać, choć cierpliwie szukam słów. Jakaś forma przepływu emocji, historii i piękna, która tak rzadko się zdarza, cała byłam zasłuchaniem i mogłabym takie zasłuchanie próbować porównać do synestezji, bo muzyka na tą godzinę zaanektowała i inne zmysły, i mózg i duszę. Może i trudny ten Komeda - ale piękny. A teraz za mną chodzi akurat ten Komeda, którego na koncercie nie można było usłyszeć. I nie mogę spać..